Przezylysmy jakos te noc. Ania z moja noga na twarzy. Buczka z kopem wymierzonym w moj policzek podczas przekrecania sie na bok. Ja z propozycja spania ze wspollokatorem Chavdara, jego gola klata, lancuchem na szyi i niepelnym uzebieniem. Wprawdzie zblizylysmy sie do siebie, co pomaga w integracji w podrozy. Jednakze wiedzialysmy, ze nie chcemy przezyc tu ani jednej nocy wiecej.
Chavdar jak to Chavdar. Politechnicyzm w pelnym wydaniu. Nie jechal nigdy metrem, bo mu nie po drodze. Nie wie, jak dojechac z dworca do siebie. A w Sofii nie ma nic ciekawego. No ale czego sie spodziewac po kolesiu, ktory - gdy mu napisalysmy, ze bedziemy "at 19.16" myslal, ze chodzi o date.
Dlatego pytalysmy kazdego fajnego napotkanego Bulgara, czemu to nie on jest Chavdarem.
Po bardzo pouczajacym staniu godzine w sofijskim korku dotarlysmy na dworzec, by raz na zawsze rozwiazac sprawe Istambulu. I dowiedzialysmy sie, ze na jutro sa trzy ostatnie miejsca. Cos jednak mowilo nam, ze do Istambulu jechac nie powinnysmy, kazalo nam placic bulgarska gotowka w kasie miedzynarodowej i powylaczalo WSZYSTKIE bankomaty na dworcu. W ostatniej chwili przed anulowaniem biletow znalazlysmy bankomat. Wnioski byly wiec dwa. 1) spedzimy moje urodziny w Istambule 2) spedzimy te noc u Chavdara. Drugi wniosek wydawal sie bardziej przerazajacy. Rozlozylysmy nawet mape, by gdzies na te 24 godziny pojechac, gdziekolwiek, byle dalej od Chavdara i jego wspollokatorow. Zagadywalysmy jakichs Austriakow, zeby nas stad zabrali swym austriackim samochodem. W koncu postanowilysmy zawalczyc z naszymi slabosciami, smierdzaca i zakaraluszona toaleta oraz naszymi odruchami bezwarunkowymi podczas wspolnego snu. Ta noc jeszcze przed nami. A przyjechala jeszcze jedna dusza do przenocowania.
Sofia zrekompensowala nam Chavdara. Dzien spedzilysmy na zglebianiu jej tajemniczosci, w szczegolnosci cyrylicy i obrzadku prawoslawnego. Duzo czasu spedzilysmy w dwoch mrocznych, zadymionych, pachnacych swiecami cerkwiach. By zobaczyc fresk przedstawiajacy Boga na suficie cerkwi Aleksandra Newskiego, uslyszec mroczny meski chor i poczuc zapach tysiaca swiec zostawianych przez wiernych, warto bylo jechac tyle kilometrow. W drugiej cerkwi bylysmy swiadkiem slubu i chrztu, nieco i zadziwiajaco roznych od naszych katolickich.
Doladowane pasztetem z piecioprocentowa zawartoscia miesa przeszlysmy cale centrum Sofii natrafiajac na co nowsze i ciekawsze sofizmaty. Do zobaczenia na zdjeciach za czas jakis (duzo ich).